czwartek, 25 października 2018

Na przystawkę

To nie jest żadne przełomowe wydarzenie, żaden nagły impuls ani chwila, które nagle odmieniłyby wszystko. Nie wiesz, kiedy dokładnie to następuje, gdyż nie da się tego jasno określić.
To powolny proces, wręcz ewolucja. Wszystko dzieje się stopniowo, dzień po dniu - tak, że często tego nie zauważamy. Po prostu w pewnym momencie oglądamy się za siebie i stwierdzamy, iż skończył się pewien etap naszego życia, że zmieniliśmy się. 

Tak też bywa ze mną. Zajęło mi osiemnaście wiosen, aby skonfrontować się z jednymi z moich najgorszych wad, a przecież od kilku ładnych lat wydawało mi się, że wszystko (na tyle, na ile jest to możliwe) o sobie wiem. Że nadawałabym się na psychologa. A co to za psycholog, który nie potrafi pomóc samemu sobie (tak, wiem, słyszałam różne opinie na ich temat xd)?
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, w jakim bagnie żyję i mowiłam, że jestem z siebie zadowolona (przymuszona dobra samoocena, czujecie to?). Oszukiwałam samą siebie, bojąc się przyznać, iż moja próba samoakceptacji jest żałosna i powinnam się zreformować od środka, ruszyć dupę i zacząć żyć naprawdę. Powolutku zaczęłam uświadamiać sobie jeszcze więcej, niż spodziewałabym się przez całe moje nastoletnie życie.

Codziennie się zmieniam i rozwijam, bo codziennie doświadczam czegoś nowego. Cały czas się uczę i już nie zamierzam spocząć na laurach. Bo to, że tu jestem, nie oznacza końca pewnego etapu. To jest dopiero POCZĄTEK.