poniedziałek, 5 listopada 2018

Po co cały ten ambaras?

Po co mi to? Autoterapia autoterapią, ale mam też podświadome powody, by to pisać.
Zawsze odczuwałam samotność - czasem mniej, czasem bardziej dręczącą. Jednak nic z tym nie robiłam, bo byłam przekonana, że to do mnie, jaśnie pani, musi zawitać jakaś interesująca osóbka i odwalić całą brudną robotę. A gdy dziś znów poczułam się samotna, to stwierdziłam, że dobrym pomysłem byłoby napisanie do koleżanki, z którą rzadko się widuję i, być może, umówienie się z nią na jakieś spotkanko. I właśnie ta idea bardzo mnie ucieszyła, gdyż uświadomiła mi moją zmianę.
To błąd, jeśli nie robimy nic i tylko oczekujemy na "niewiadomoco". Oczywiście możecie wierzyć w fatum czy odgórną ścieżkę życia, wyznaczoną przez Boga, ale przeznaczeniu trzeba pomóc. Uwierz, że masz wpływ na siebie, swoje myślenie i na to, co Cię spotyka. Dopóki nie weźmiesz się w garść, życie nie zrobi tego za ciebie. Przejmiesz inicjatywę, a od razu poczujesz się choćby mikroskopijnie bardziej pewny siebie - a to już jest dużo, naprawdę.
Wracając do tematu (tak, najwidoczniej zdażają mi się dygresje, niczym mojej polonistce; dobrze, już wracam), ta wieczna samotność sprawiała, że całe życie marzyłam o oddanym przyjacielu/przyjaciółce/chłopaku. Jednocześnie odrzucałam prawie każdą, zawartą do tej pory relację (wszyscy po pewnym czasie mnie w wkurzali, co tu dużo mówić), nie umiałam utrzymywać przyjaźni, więc jak, do cholery, miałam znaleźć taką "oddaną" osóbkę? Nie wiem, zapytajcie czternastoletnią, wszystkowiedzącą Klaudię.
Dalej marzy mi się ktoś, kto nie będzie patrzył na mnie przez pryzmat mojego dotychczasowego zachowania, i kogo będę mogła obdarzyć wszystkim, co we mnie najlepsze i, przy okazji, będę mogła poczuć się dzięki niemu bezpiecznie i komfortowo. Kto by tego nie chciał?
Po cichu też marzę sobie, że przez tego bloga, albo w jakiś inny sposób, trafię na kogoś, kogo będę mogła wysłuchać i kto wysłycha mnie. Jeśli to ty jesteś tą zbłąkaną duszyczką, daj mi jakiś znak.
Żegnam się. Narazie. K.

czwartek, 25 października 2018

Na przystawkę

To nie jest żadne przełomowe wydarzenie, żaden nagły impuls ani chwila, które nagle odmieniłyby wszystko. Nie wiesz, kiedy dokładnie to następuje, gdyż nie da się tego jasno określić.
To powolny proces, wręcz ewolucja. Wszystko dzieje się stopniowo, dzień po dniu - tak, że często tego nie zauważamy. Po prostu w pewnym momencie oglądamy się za siebie i stwierdzamy, iż skończył się pewien etap naszego życia, że zmieniliśmy się. 

Tak też bywa ze mną. Zajęło mi osiemnaście wiosen, aby skonfrontować się z jednymi z moich najgorszych wad, a przecież od kilku ładnych lat wydawało mi się, że wszystko (na tyle, na ile jest to możliwe) o sobie wiem. Że nadawałabym się na psychologa. A co to za psycholog, który nie potrafi pomóc samemu sobie (tak, wiem, słyszałam różne opinie na ich temat xd)?
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, w jakim bagnie żyję i mowiłam, że jestem z siebie zadowolona (przymuszona dobra samoocena, czujecie to?). Oszukiwałam samą siebie, bojąc się przyznać, iż moja próba samoakceptacji jest żałosna i powinnam się zreformować od środka, ruszyć dupę i zacząć żyć naprawdę. Powolutku zaczęłam uświadamiać sobie jeszcze więcej, niż spodziewałabym się przez całe moje nastoletnie życie.

Codziennie się zmieniam i rozwijam, bo codziennie doświadczam czegoś nowego. Cały czas się uczę i już nie zamierzam spocząć na laurach. Bo to, że tu jestem, nie oznacza końca pewnego etapu. To jest dopiero POCZĄTEK.